Menu

Obietnica Krwi

9. Tajemnica Dalindy

klaudyns.o

Kolejne dni mijały, a Hermiona poniekąd uwięziona w rezydencji Gublatio poświęcała większość czasu na naukę. Powoli zaczynała się klimatyzować, nawet Krzywołap wolał odkrywać zakamarki, niż spędzać z nią czas. Najbardziej lubiła penetrować wnętrze biblioteki. Zazwyczaj towarzyszył jej Orest, który wskazywał jej absolutnie niezwykłe dzieła, a czasem zupełnie niegodne uwagi, jak poemat o czarownicy i żabie. 

Bohaterka uchodziła za niezwykle rozkapryszoną i perwersyjną niewiastę. Wprawiała swoją rodzinę w ogromne zakłopotanie wdając się w romanse z coraz dziwniejszymi partnerami. Wśród nich nie zabrakło goblinów, skrzatów, centaurów i wielu innych magicznych istot, aż wreszcie zakochała się w żabie. Rodzina zbulwersowana kolejną rewelacją wyrzuciła kobietę z domu, a ta zamieszkując gdzieś w głębi lasu próbowała przemienić swojego „ukochanego” w człowieka. Wymyślała coraz nowsze zaklęcia, nie rzadko bolesne, aż wreszcie udało jej się ziścić swe marzenie. Przemieniła żabę w przystojnego młodzieńca, którego nazwała Żabim Królem. Być może był dobrym kochankiem, jednak poza tym, nie miał z ludzką rasą nic więcej wspólnego. Całe dnie polował na muchy lub taplał się w bajorach, doprowadzając do śmiechu wszystkich okolicznych mieszkańców. Kobieta wreszcie zwariowała z powodu drwin i zgryzoty, a mężczyzna po latach zyskał miano animaga.

Po pewnym czasie Hermiona mniej chętnie czytała polecane przez chłopaka lektury…
 
Zdarzało się, że spędzali razem całe dnie w bibliotece, to zamieniając ze sobą zaledwie kilka słów, to rozmawiając przez całe popołudnia. Chłopak często zabierał ją do swojej pracowni, gdzie wspólnie warzyli eliksiry lub tylko pokazywał jej skomplikowane receptury i procesy.

U Gublatio czas mijał niespodziewanie szybko, a ona przyzwyczaiła się do dziwnych zasad panujących w tym domu. Poświęcała każdy dzień na naukę, aby nie czuć wyrzutów sumienia oraz tęsknoty i złości. Wiedziała, że gdzieś tam, za murami, giną jej przyjaciele, kiedy ona całkowicie bezpieczna mogła czytać książki, jakby to były zwykłe wakacje. Polubiła Oresta, chociaż często przypominał jej Dracona Malfoy’a, obaj mieli sliteryzm we krwi. Minusem ukrywania się było to, że nie dostawała żadnych listów, nie wiedziała zupełnie nic o Harrym i Ronie, o Zakonie Feniksa. Na domiar złego, Snape wcale się z nią nie kontaktował. Wiele razy miała ochotę go o coś zapytać, ale za każdym razem opanowywała ją taka wściekłość, że rezygnowała z tego pomysłu. 

Dalinda zachowywała się tak, jakby Hermiony w ogóle w tym domu nie było. Można było odnieść wrażenie, że unikały siebie nawzajem. Mimo obaw Oresta, kobieta nie zabroniła dziewczynie korzystania z biblioteki, ale także zachęcała go do wspólnej nauki i ćwiczeń.

*
Tego dnia Hermiona postanowiła, że skontaktuje się ze Snapem. Minęło stanowczo za dużo czasu od ich ostatniej rozmowy, poza tym zbliżał się początek roku szkolnego, a ona nadal nie dostała sowy z Hogwartu. Bała się, że list trafił do jego mieszkania i naraził go na niebezpieczeństwo. Nie wiedziała też nic o rodzicach, gdzie są, jak im pomógł i czy jeszcze żyją… 

Kiedy zamierzała wysłać do niego myśl, rozległo się pukanie do drzwi. Zaskoczona spojrzała w ich kierunku i machnęła różdżką, aby je otworzyć. 

– Witaj, Hermiono – Dalinda miała na sobie piękny błękitny kostium ze złotymi mankietami i kołnierzem. Wysokie szpilki, dodały jej jeszcze kilka cali wzrostu, ogniście czerwone włosy miała upięte w luźny kok.
– Witaj, Dalindo – odpowiedziała Hermiona, zaniepokojona jej wizytą.
– Dzisiaj odwiedzi nas Severus, ale… – spojrzała na nią badawczo – Najpierw musimy porozmawiać.

Odwróciła się i zaczęła przemierzać korytarz, dziewczyna poszła za nią, niepewna dokąd właściwie kobieta ją prowadzi. 

Przeszły całe piętro, zatrzymały się na samym końcu. Hermiona nie widziała żadnych drzwi, tylko sam mur.

Wazi! – kobieta rzuciła zaklęcie.

Przez chwilę nic się nie działo, nagle cegły zaczęły znikać, zupełnie jakby chowały się w sobie. Hermiona słyszała przerażający dźwięk, który się przy tym wydobywał, przypominał syk.

Wreszcie ich oczom ukazał się niesamowity widok: ogromne drzewa porastały niemal każdą wolną przestrzeń w zasięgu wzroku, ich bujne, zielone korony sprawiały niesamowite wrażenie. Powietrze było ciężkie i wilgotne, a grunt nierówny i nieco podmokły. Wszędzie unosił się ten dziwny i niepokojący dźwięk. Hermiona szybko się odwróciła, chcąc wrócić do swojego bezpiecznego pokoju, ale wokół niej nie było już murów… Przed nią rozpościerała się najprawdziwsza dżungla amazońska!

Spojrzała z niepokojem na Dalindę, ale ona tylko ruszyła przed siebie. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby bywała tu bardzo często, szła szybko i dumnie, nie patrząc pod nogi, w przeciwieństwie do Hermiony, która potykała się, co chwilę. 

Mimo przerażenia, rozglądała się na boki, podziwiając piękno przyrody. W pewnym momencie chciała odgarnąć kilka lian, które zwisały z mijanych właśnie drzew, ale kiedy dotknęła jednej z nich natychmiast zdusiła krzyk! Okazało się, że to wcale nie były liany… to były setki węży!

Nagle kobieta zatrzymała się przed jednym z drzew, w jego pniu znajdowała się ogromna wnęka. Dalinda skinęła na nią i weszły do środka.
Hermiona rozejrzała się, wewnątrz nie było tak strasznie, jak się obawiała, chociaż panował w niej dziwny nastrój, jakby coś wisiało w powietrzu. Całe drzewo było pokryte jakimiś dziwnymi obrazkami, których nie potrafiła zidentyfikować.

– Jesteśmy w Wężowej Jamie – przemówiła Dalinda, a Hermiona zadrżała – Jest to zapomniane miejsce kultu… – kontynuowała kobieta – Kultu Czarnej Magii.
– Czarnej Magii?! – dziewczyna zapytała ze strachem.
– Spokojnie, zaraz ci wszystko wytłumaczę – Dalinda spojrzała na dwa kamienie, które znajdowały się przy wejściu – Sssssarooossss – wysyczała kobieta.

Przez chwilę nic się nie działo, jednak Hermiona zauważyła mały ruch, potem kolejny, kamienie zaczęły się do nich przysuwać, przypominało to ruchy węża. Wzdrygnęła się, kiedy kamień zatrzymał się koło niej.
Dalinda wskazała jej ręką, aby usiadła, sama zajęła miejsce na przeciwko. Pomiędzy nimi, na ziemi, pojawił się dym.

– Przyprowadziłam Cię tutaj, ponieważ ceremoniał musi się dokończyć – wpatrywała się w dym – Nawet one tego chcą.
– Kto tego chce? – zapytała Hermiona – Jaki ceremoniał?! – zapytała bardziej nerwowo.
– Nie bój się, jesteś tu całkowicie bezpieczna, chociaż… – napotkała zdziwione spojrzenie dziewczyny – Tutaj moc naszych różdżek nie działa – zakończyła.
– Po co mnie tutaj przyprowadziłaś?! – Hermiona niemal krzyknęła, a w jej głosie było słychać strach i przerażenie.
– Uspokój się – odpowiedziała łagodnie – Zaufałam ci, czy możesz zrobić to samo dla mnie? – dziewczyna niepewnie kiwnęła głową, a kobieta po raz pierwszy uśmiechnęła się do niej przyjaźnie.
– Przygotuj się, to będzie długa i bardzo bolesna opowieść – Dalinda zawiesiła głos.

Hermiona jeszcze raz obrzuciła jaskinię spojrzeniem, to, co wcześniej wzięła za bliżej nieokreślone obrazki, teraz tworzyło niezwykłą, poruszającą się mapę, mapę węży.

– Życie często wystawia nas na próbę, poddając w wątpliwość to, kim jesteśmy i czego tak naprawdę chcemy… Podejmujemy dezycje dobre i złe, czasami przypadkiem, a czasami celowo.
Walczymy do ostatniej kropli krwi, do ostatniego płomienia nadziei w imię naszej racji lub poddajemy się już na starcie… Wciąż wybory albo-albo, na tym opiera się nasze życie, na wyrzeczeniach lub przyjemnościach, na słuchaniu sumienia lub nie. Jestem tylko człowiekiem…

Zamilkła na chwilę, Hermiona wpatrywała się w nią z napięciem. Po chwili kobieta kontynuowała.

– Moi przodkowie pochodzą z Włoch. Władali Margrabstwem Monferatto od X wieku, północno-wschodnie ziemie. Był to bardzo arystokratyczny i religijny ród – brali udział w wyprawach krzyżowych, to właśnie dzięki nim, zgromadziliśmy taki majątek… W 1192 roku Konrad z Montferratu był władcą Królestwa Jerozolimskiego, a Bonifacy z Montferratu założycielem Królestwa Tesaloniki – Dalinda zamyśliła się – To byli naprawdę potężni i wpływowi ludzie, a jednak… Pod koniec XIII wieku spadkobierczynią fortuny została Jolanta Gublatio, ostatnia przedstawicielka naszego rodu. Jak to możliwe? – Dalinda prychnęła – Do dzisiaj się zastanawiam, jak mogli do tego dopuścić. Większość z nich dała się ponieść własnym demonom. Wielu zginęło na wyprawach wojennych, zostawiając żony bez potomstwa, inni odkrywali w sobie pociąg homoseksualny, co też nie wróżyło potomków, jeszcze inni padli ofiarą pałacowych intryg. Tak Hermiono, z wielkiego rodu Gublatio pozostała jedna kobieta… – Dalinda zacisnęła pięści – Oczywiście wydano ją za mąż. Szukano najlepszego kandytata, takiego przy którym nazwisko Gublatio, nie zostałoby zapomniane… Ostatecznie wydano ją za syna cesarza bizantyńskiego Andronika II Paleologa. 

Dalinda przerwała swoją opowieść, wstała i przeszła się po wnętrzu.

– Nie traktował jej z szacunkiem… ubliżał, bił, hańbił. Wreszcie, po jednym z gwałtów odkryła, że zaszła w ciążę.  Próbowała poronić, ale płód rozwijał się idealnie. Po dziewięciu miesiącach ciągłego strachu urodziła mu syna – Teodora I Paleologa – i niedługo po tym zniknęła. Szukano jej latami, Andronik II Paleolog był wściekły, przysiągł, że jeśli kiedykolwiek wróci, to ją zabije. Po kilku latach jego wściekłość opadła, a samą Jolantę uznano za zmarłą. Dzięki temu, wdowiec mógł ożenić się po raz kolejny.
– Co się stało z Jolantą? – zapytała Hermiona.
– Nie miała rodzeństwa, a jej rodzice zmarli dość wcześnie, była sama. Poza wiernym służącym – Janem I. Mężczyzna służył jej rodzinie przez całe życie, kiedy urodziła się Jolanta opiekował się nią i wychowywał, najpierw zastępował nianię, a później rodziców. Oczywiście od początku był przeciwny temu związkowi, ale nikt nie zwracał uwagi na służącego. Kiedy odbyła się ceremonia zaślubin starzec zaczął prowadzić dziennik, był bardzo mądrym człowiekiem. Zapisywał wszystko, co miało związek z Jolantą. Te dzienniki przetrwały do dzisiejszych czasów i jest to najcenniejsza pamiątka, jaką posiadamy. Świadectwo… – Dalinda znów przerwała na moment, po chwili kontynuowała – Opisywał przebieg ciąży, w tym wszystkie anormalne sytuacje, których nie potrafił wyjaśnić, o których myślał, że były tylko omamami. Pojawianie się przedmiotów, kiedy kobieta ich potrzebowała, naczynia, które same napełniały się trunkiem i potrawami, światło, które rozświetlało ogród, kiedy ona przechodziła. Z każdym miesiącem te sytuacje przybierały na sile, były coraz bardziej spektakularne. W ósmym miesiącu ciąży potrafiła wznieść się w powietrze, a w dziewiątym… Do dziś zastanawiam się, czy Jan I na pewno dobrze wszystko zinterpretował.
– Co się wtedy wydarzyło?
– Otóż w dziewiątym miesiącu, Jolanta pokłóciła się z kupcem na targu. Kiedy nie dobili interesu, mężczyzna ubliżył jej, a ona wymruczała coś pod nosem i mężczyzna nagle padł na ziemię, martwy. Nikt nie zauważył tej sceny, wszyscy byli zainteresowani swoimi kramami, jednak nie uszło to uwadze starca. Kobieta pośpiesznie wróciła do zamku i aż do rozwiązania nie wychodziła z domu. Czy to możliwe? Zastanawiam się do dzisiaj, czy użyła niewerbalnego zaklęcia śmierci? Czy może był to nieszczęśliwy wypadek i mężczyzna umarł na zawał lub na udar… Chyba nigdy nie poznam odpowiedzi…
– Wierny sługa w trosce o jej bezpieczeństwo zaraz po porodzie namówił ją do odejścia od brutalnego męża i pozostawienie syna przy ojcu. Wyruszyli na północ w poszukiwaniu lepszego miejsca. Tutaj kończą się notatki starca, ale zebraliśmy wiele innych – od zamkowego kronikarza, po lokalnego kupca. Oto dalszy ciąg historii.
– Jolanta urodziła dorodnego chłopca był wychowywany bez matki, ale z całą masą nianiek. Żadna nie wytrzymała z nim dłużej, niż miesiąc. Każdą spotykało coś złego. Ojciec stronił od jego towarzystwa, skupiając się raczej na kolejnych bitwach i podbojach. Chłopak dorastał, uchodził za dziwaka, wokół niego działy się dziwne rzeczy, a on sam nie szukał przyjaciół – Dalinda wzdrygnęła się – Po śmierci Jana I, Jolanta na skraju szaleństwa, wróciła do Tesalonik. Z każdym rokiem tęsknota za synem była coraz większa. Kiedy dotarła do miasta próbowała nawiązać z nim kontakt. Pewnego dnia, młody książe, który zawsze chodził z posępną miną, przemierzał zamek z wielkim uśmiechem, z nieskrępowaną radością. Był to ostatni dzień, kiedy poddani go widzieli. 
– Wrócił do matki? – Hermiona zapytała z przejęciem.
– Tak, wrócił do niej, jednak mimo szczęśliwego zakończenia wyrządzili wiele złego. Ukrywali się w dzień, wychodzili nocą. Oboje posiedli ogromną moc, energię zrodzoną z gwałtu, która kazała im mordować, palić, niszczyć wszystko i wszystkich… To właśnie oni stworzyli Kult Czarnej Magii.
– Kult Czarnej Magii?! – zapytała wstrząśnięta – Czy to oznacza, że wszystkie zaklęcia niewybaczalne, że Voldemort…?
– Zaczekaj, wszystko po kolei – odpowiedziała łagodnie Dalinda – Tak, oni są odpowiedzialni za stworzenie magii tak złej, że brakuje mi słów, aby to opisać. Jednak nie każdy z mojego rodu taki był. Wiele lat później, kiedy Jolanta już nie żyła, Teodor I Paleolog zakochał się, ożenił, miał kilku synów i córkę. Dopiero na łożu śmierci przekazał im, czego w młodości dopuścił się on i jego matka. Jeden z nich kontynuował Kult Czarnej Magii, inni rozwijali swoje moce magiczne, między innymi w alchemii. Przez tyle pokoleń, zawsze znalazła się osoba, która kontynuowała Kult Czarnej Magii, nie wszyscy potrafili utrzymać to w sekrecie, wiele zła wydarzyło się na świecie, przez owładnięte złem umysły, choć i zdarzyło się wiele dobrego… 
– Co takiego zrobiliście, że Świat Czarodziejów wyrzucił was całkowicie z Historii Magii? – zapytała Hermiona po chwili milczenia.

Kobieta zaśmiała się, nie wprawiło to Hermiony w dobry nastrój.

– Ach, to dążenie do potęgi i wielkości… zawsze jest zgubne, pamiętaj. W XV wieku, moi przodkowie zbliżyli się z innym rodem, równie potężnym. Oczekiwano, że nasze rody połączą się, dając tym samym niezwyciężonych czarnoksiężników. Jednakże, los potrafi być przewrotny… Kiedy wydawało się, że stoimi u progu potęgi, nasz największy przyjaciel zaczął na nas polować. Cienka granica jest między miłością, a nienawiścią. Nie wiem dlaczego tak się stało, myślę, że w końcu górę wzięły pierwotne instynkty i chęć dominacji. Moi przodkowie na początku byli niczego nieświadomi. Dopiero, kiedy zostało nas niewielu zaczęli się ukrywać. Nasi wrogowie triumfowali, cały świat drżał przed nimi… nikt nie stał na przeszkodzie w drodze do wiecznej chwały… – Dalinda milczała przez chwilę.
– Nie rozumiem, jak to możliwe? – zdziwiła się Hermiona.
– Polowanie na czarownice, Hermiono… – dziewczyna nabrała powietrza – Rozumiesz teraz? Oczywiście w historii nie ma na ten temat, ani słowa, któż miałby odwagę opisać to wszystko zgodnie z prawdą? A nawet jeśli znaleźli się tacy, to od razu byli mordowani…
– Zaraz, zaraz, przecież to mugole zabijali, w dodatku kobiety posądzane o magię.
– Tak, ale ty jesteś czarownicą i mugolem jednocześnie. Pomyśl, jeśli chcesz to potrafisz zachować pozory osoby niemagicznej.
– Teraz rozumiem – dodała po chwili.
– Kobiety płonęły na stosie, a ich mężowie i dzieci ginęli „na wszelki wypadek”, bardzo sprytnie to wymyślili… W trosce o przeżycie, Gublatio wyparli się magicznej potęgi i własnej historii. Przybrali fałszywe nazwisko. Zdrajca, nie spodziewał się, że nasz ród przetrwa, tymczasem poprzez kolejne stulecia odradzał się… Powoli, ale odradzał.
– Jak?
– Zostaliśmy zdradzeni, przez kogoś, kto był naszym przyjacielem, ta osoba wykradła tajemnice naszego rodu i zabiła niemal wszystkich, zostało tylko jedno dziecko, dziecko które nie miało się urodzić, które było ukrywane przez matkę, przed rodziną, przed całym światem. To dziecko opuściło swój dom, zapamiętując twarze zmarłych, a jednocześnie wymazując całą swoją tożsamość. Opuściło świat czarodziejów i przybrało pseudonim „mugol” .
– Osoba niemagiczna – dopowiedziała bardziej do siebie Hermiona.
– Niestety za przedłużanie linii rodu Gublatio płaciliśmy wysoką cenę… Z każdego pokolenia mógł przeżyć tylko jeden syn, pozostali umierali, dziewczynki nie rodziły się wcale… Z każdym pokoleniem moi przodkowie czuli się coraz bezpieczniej w mugolskim świecie. Uprawiali ziemię próbując się dostosować, ale wreszcie zauważono, że to na ich ziemiach były najbardziej płodne zbiory, najzdrowsze, najsmaczniejsze. Ludzie zaczęli oskarżać ich o czary i znów musieli się ukrywać. Tak mijały kolejne lata, aż mój dziadek, leżąc na łożu śmierci, przekazał całą historię swemu jedynemu synowi, mojemu ojcu. Ani on, ani mój dziadek, nie odważyli się nigdy, aby odzyskać utraconą chwałę. I tu pojawiam się ja – Dalinda spojrzała na Hermionę, która wybałuszyła na nią oczy. 
– Jako najmłodsza z czworga rodzeństwa i jedyna dziewczynka od pokoleń, byłam najbardziej niepokorna, wszędzie mnie było pełno. Ojciec tłumił w nas wszelkie magiczne przejawy.
– Jak? – zapytała zaciekawiona Hermiona.
– Karał nas – odpowiedziała smutno kobieta – Braci najczęściej bił, mnie karał na wszelkie inne możliwe sposoby, chociaż nigdy mnie nie uderzył…
– To okrutne! – zawołała Hermiona.
– Tak, ale po latach rozumiem, że robił to dla naszego dobra, chciał naszego bezpieczeństwa… W każdym razie udało mu się z chłopcami, kiedy osiągnęli 11 lat, nie mieli w sobi ani krzty magii, w przeciwieństwie do mnie. Ja cały czas czarowałam, oczywiście w tajemnicy przed ojcem. W końcu Świat Magii sobie o nas przypomniał, za pomocą małej, białej koperty. Tak, to były czasy, kiedy w Hogwarcie zaczęto wysyłać listy z informacją o przyjęciu do szkoły. Dopiero, co zniesiono zakaz przyjmowania czarodziejów z rodzin nie-czystej krwi. Mój ojciec był początkowo bardzo niechętny, bał się, że zdradzę nasze pochodzenie, że wszyscy dowiedzą się, kim jesteśmy, choć nie powiedział mi tego, nie mógł. Zamiast tego marudził, że będę potrzebna na roli i tak dalej. Bardzo dużo złego wyrządziły te nasze rodzinne tajemnice. Ojciec nie był ze mną szczery, ja byłam coraz bardziej zbuntowana. W końcu, po dwóch miesiącach namawiania, zgodził się na moją edukację. Oczywiście w Hogwarcie szło mi bardzo dobrze, byłam najlepszą uczennicą na roku, jednak już wtedy przejawiałam pewne skłonności… Dumbledore miał mnie zawsze na oku, przypominał mi mojego starszego brata, coś kryło się w jego wzroku, jakieś ostrzeżenie. Kiedy zaczynałam trzeci rok nauki w Hogwarcie, do mojego domu, do Slytherinu, został przydzielony Tom Marvolo Riddle.
– Voldemort! – krzyknęła Hermiona.
– Tak… Polubiłam go, chociaż wydawał się taki zamknięty w sobie. Na początku próbowałam mu dokuczać, ale on, jak na jedenastolatka przejawiał niezwykły sadyzm, co bardzo mi się spodobało. Spędzaliśmy razem dużo czasu, na przykład robiąc innym dzieciom psikusy. Z czasem coraz brutalniejsze… Nie czułam różnicy wieku między nami. Był niezwykle zdyscyplinowany, nigdy nie dawał się ponieść emocjom, był mistrzem kamiennej twarzy, imponował mi. Jasne było, że miał zadatki na wielkiego czarodzieja, a z tego co mówił nam, swoim przyjaciołom, nie zamierzał być nikim dobrym. Nasza wzajemna relacja, przerodziła się w fascynację, chociaż nigdy nie zostaliśmy parą. On był, jakby to powiedzieć, aseksualny… Kiedy kończyłam siódmy rok, wyznał, że odnajdzie mnie i będziemy dalej robić ludziom psikusy. Oczywiście nie wzięłam jego słów na poważnie, ale zgodziłam się. Tomowi nigdy się nie odmawiało.
– Powrót do domu był koszmarem, z nikim nie potrafiłam się dogadać. Chociaż różnica między mną, a moim rodzeństwem wynosiła zaledwie pięć i siedem lat… Po roku spędzonym z rodziną, umarła moja matka, a zaraz po niej mój ojciec, miałam zaledwie osiemnaście lat. Leżąc na łożu wyjawił mnie i moim braciom historię naszego rodu. Opowiedział o miejscu kultu i o tym zamku. Prosił, aby nikt z nas nie podążał drogą Czarnej Magii, nie szukał Wężowej Jamy, ale niestety… Byłam na niego wściekła, za to że nie powiedział mi o tym wcześniej, czułam się oszukana. Czekałam tylko, aż opowiem o wszystkim Tomowi.
– Co było dalej? – zapytała niepewnie Hermiona.
– Nie mogłam wytrzymać z braćmi, więc opuściłam rodzinną farmę i udałam się w poszukiwaniu zamku. Odnalazłam go bez trudu, przyzywał mnie. Następnie odszukałam to miejsce. Poświęciłam na to dwa lata, kiedy wróciłam do Londynu, byłam innym człowiekiem, opanowanym przez stare demony. Przestałam być Dalią Prince, najlepszą uczennicą w Hogwarcie, a stałam się Dalindą Gublatio żądną zemsty potężną czarownicą. W takim stanie znalazł mnie Tom i od razu wykorzystał. Już pod koniec nauki w Hogwarcie mówił o sobie Lord Voldemort i mianował pierwszych Śmierciożerców. Ja oczywiście od razu stałam się jego prawą ręką.
– Pokazałaś mu to miejsce? – zapytała dziewczyna.
– Moja rodzina założyła kult Czarnej Magii, magii która jest zrodzona z cierpienia, nienawiści, ale i odwagi… Ta jaskinia pamięta wiele twarzy, chociaż nie każdy był w stanie sprostać ograniczeniom i wymogom… Moi przodkowie nie wiedzieli do końca, co robią, to co tu się wydarzyło było niezamierzone, chociaż myślę, że tak musiało się stać, aby równowaga na świecie została utrzymana. Przekazałam mu wszystko, o czym opowiedział mi ojciec, następnie zabrałam go tutaj. Chyba jako jedyna na świecie widziałam moment, kiedy był szczęśliwy, naprawdę cieszył się jak dziecko z tego odkrycia… Razem z Marvolo zbeszcześliśmy to miejsce, łamiąc prawa, które zostały tutaj dawno ustalone… Mordowaliśmy, torturowaliśmy, wymyślaliśmy takie zaklęcia, że aż boję się o tym wspominać. Wreszcie Marvolo znudził się moim towarzystwem. Jego moc była ogromna, miał coraz więcej zwolenników, a cały świat czarodziejów drżał przed nim. Dopuściłam się strasznych zbrodni, mszcząc się za wszystko, co spotkało moich przodków. W pewnym momencie przestało mi to sprawiać taką radość, jak kiedyś. Czułam coraz bardziej, że to Marvolo był w tym wszystkim najważniejszy. Traktował nas – swoich sojuszników – coraz gorzej, bywał bezwzględny, potrafił zamordować za wszelką oznakę nieposłuszeństwa… Wcześniej dawał nam poczucie, że nasze zdanie się dla niego liczy. Teraz wiem, że to była tylko manipulacja z jego strony… Przestałam być mu potrzebna, stopniowo usuwałam się w cień. Zaczęłam myśleć o odejściu, Marvolo to wyczuł. Najpierw dowiedziałam się o śmierci mojego starszego brata, ale to mnie nie zaalarmowało. Dopiero, kiedy w dziwnych okolicznościach zginął drugi brat, zrozumiałam, że od Voldemorta nie można odejść… – Dalinda zamilkła, po policzkach popłynęły jej łzy – Cóż za zwrot akcji! Chcąc pomścić mój ród, skazałam go na zagładę.
– Dalindo, przecież żyjesz ty i Orest, na pewno żyją jeszcze inni – Hermiona próbowała ją pocieszyć.
– Wiesz, kim był nasz największy przeciwnik? – zapytała kobieta, Hermiona pokręciła głową.
– To był ród Salazara Slytherina, a wiesz czyim potomkiem jest Marvolo? – jej głos był cichy i napięty.
– Salazara Slytherina – odpowiedziała beznamiętnie Hermiona.
– Zgadza się… Cóż to co teraz ci opisałam, to była moja pierwsza zdrada. Pamiętam ten dzień, kiedy Marvolo podszedł do mnie z uśmieszkiem na twarzy, jego oczy były zimne i puste. Zapytał czy chcę odkupić swoją winę, czy dołączyć do reszty mojej rodziny – zamilkła na chwilę – Poprosiłam go o drugą szansę, teraz wiem, że lepiej było zginąć…
– Co musiałaś zrobić?
– Miałam wyszkolić dwóch Śmierciożerców, dopuścić ich do Kultu Czarnej Magii, wiesz kogo wybrał?
– Severusa i Bellatrix – odpowiedziała ostro Hermiona.
– Tak, właśnie tych dwoje. Zamieszkali u mnie, w moim zamku, w rodzinnej spuściźnie… Byli tak samo źli i bezwzględni, jak ja kiedyś. Każde z nich miało głowę pełną tych brudnych idei, ale naprawdę wierzyli, że to co robią jest słuszne. W dodatku byli parą, więc dodatkowo utwierdzali się w tych wszystkich bredniach. W każdym razie, to byli bardzo pojętni uczniowie… W kilka dni po ich przybyciu, między nami zrodziła się magiczna więź, nie czułam wcześniej czegoś takiego. Aż pewnego dnia jaskinia przyzwała nas do siebie – dopiero wtedy odkryłam to połączenie między zamkiem, a wejściem do dżungli. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się dookoła nas dzieje… Myślę, że to musiało się dziać z moimi przodkami. Kiedy tutaj dotarliśmy, byliśmy jak w transie, nawet nie wiem dokładnie, co się tutaj wydarzyło, ale wiem, że obudziliśmy się nagle w zamku. Wszyscy czuliśmy, że coś się z nami stało, coś dziwnego. Postanowiliśmy złożyć wobec siebie Słowo – przysięgę,  że nigdy nie użyjemy wobec siebie czarów. Kilka dni później miałam wizję, zobaczyłam, co się zaraz wydarzy, ale nie miałam czasu, żeby zareagować, nie mogłam nas obronić. Wszystko trwało zaledwie kilku minut. Przewidziałam, że Marvolo włamie się do umysłu Severusa, ale ten go zablokuje, następnie wedrze się do Bellatrix i spróbuje ją zranić, ale okaże się odporna na ból i wtedy… 
– To wszystko wydarzyło się naprawdę?! – zapytała Hermiona z przejęciem.
– Tak, otrzymałam dar jasnowidzenia, Severus blokowania umysłu, lepiej nawet, niż sam Marvolo, a Bellatrix odporność na ból, niestety… 
– Co się stało…? –zapytała Hermiona.
– Marvolo wdarł się do umysłu Bellatrix i zmusił ją, aby przeczytała książki… – zakończyła beznamiętnie.
– Książki?
– Tak, to były zakazane książki, te przed którymi ostrzegał cię Orest, one wsączyły w nią swój jad i stworzyły z niej potwora. Straciła własną tożsamość… Zaraz po tym wydarzeniu opuściła rezydencję… Jednak zanim Bellatrix nas opuściła wywiązała się między nami potężna bitwa… Była nie do pokonania, zadawała nam obojgu tak okropny ból. Mimo naszych kontrataków, nie potrafiliśmy jej powstrzymać. To przez nią Severus ma te wszystkie okropne blizny, chociaż ja nie mam ani jednej… To wina tych książek, razem z torturami wyrzucała z siebie całe uczucie, które do niego czuła… Tak mi się wydaje.
Sam Severus był rozdarty, opiekowałam się nim przez kilka tygodni, aż wrócił do formy. Zawsze mnie rozczulał, miał bardzo trudne dzieciństwo, jego ojciec, mugol, robił mu straszne rzeczy, nienawidził go i cały czas się nad nim znęcał, a jego matka – Eilen Prince… Znałam ją jeszcze z Hogwartu, nosiłyśmy takie same nazwisko, udawałyśmy siostry, też była ze Slytherinu. To przeze mnie umarła, chociaż nie byłyśmy spokrewnione… ale Severus nigdy się o tym nie dowiedział, nie mogłam…
– Czy wiesz o czym Bellatrix powiedziała Tomowi? – po chwili zapytała Dalinda, Hermiona zaprzeczyła głową, bojąc się odpowiedzi – Powiedziała mu o Insygniach Śmierci…
– Insygnia Śmierci?! – krzyknęła Hermiona.
– Wiem, że też to odkryłaś, przypominasz mi ich bardzo… Tak, Hermiono Voldemortowi zależy na Insygniach, na niczym więcej, stał się nieuważny, nie wie, kto stoi w jego szeregach, zapomniał nawet o horkruksach, ale to nie oznacza, że łatwiej będzie go pokonać. Musicie wykorzystać jego moment słabości.
– Kogo masz na myśli?
– Ciebie i twoich przyjaciół – odpowiedziała – A teraz przejdźmy do ceremoniału…
– Zaczekaj – przerwała jej Hermiona – Mam jeszcze pytanie, dlaczego… Dlaczego Orest jest…?
– Chcesz usłyszeć całą historię – odpowiedziała – Dobrze, opowiem ci wszystko. Kiedy Severus  wrócił do Voldemorta, ja natychmiast udałam sie do Dumbledore’a. Wiedziałam, że tym razem Marvolo mnie zabije. Znasz Albusa, od razu się nade mną zlitował… Zaproponował zaklęcie Fideliusa i cień…
– Cień? – zapytała zaintrygowana.
– Tak, nie słyszałaś o nich?
– Nie! 
– To są istoty magiczne, przypominają ludzi, ale nimi nie są, nie mają ciała.
– Nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszałam!
– To jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic ministerstwa. Moim cieniem został Albert, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu, w końcu zakochałam się w nim – dodała z rozbawieniem – Zakochałam się w cieniu człowieka! – Hermiona zachichotała.
– Ale, jeśli nie ma ciała, to jak ty i on, w sensie, Orest…? – i spłonęła rumieńcem.
– Orest nie jest moim biologicznym synem, on o tym wie. Albert go znalazł, podczas ataku wampirów na wioskę mugoli, tylko on jeden przeżył. Przyprowadził go do zamku i od tamtego czasu udajemy normalną rodzinę…

Hermiona posmutniała.

– Zaraz po tym jak pojawił się Orest, martwiliśmy się o to, że Marvolo dowie się o nim, o nas, dlatego długo pracowałam nad zaklęciem, które połączyłoby nas na tyle mocno, że nic nie mogłoby nas rozdzielić.
– Obietnica Krwi ?
– Tak, Albert i Orest to jest najlepsze i najpiękniesze, co przydarzyło się w moim życiu, dali mi szczęście, na które nie zasługuję… Nie żałuj nas Hermiono, ale nie zmarnuj swojej szansy na prawdziwe szczęście.
– Ja… Nie rozumiem…?

Dalinda nic nie odpowiedziała.

– A teraz przejdźmy do ceremonii, trójka była zawsze magiczną liczbą, kiedy z Marvolo odkrywaliśmy tajemnice tej jaskinii, nic się nie wydarzyło. Pogłębiliśmy naszą moc, ale dopiero kiedy znaleźliśmy się tutaj z Severusem i Bellatrix, nastąpiło sprzężenie mocy! Teraz kolej na ciebie, podaj mi dłoń.
– Zaraz, zaraz was było troje, a teraz jesteśmy we dwie, Dalio – zaprotestowała Hermiona.

Dalinda przyglądała się dziewczynie przez chwilę, wreszcie przemówiła.

– Severus jest z tobą, przez cały czas i zawsze będzie.
– Ale powiedział, że możemy się kontaktować tylko wtedy, kiedy wysyłamy do siebie myśli!
– Powiedział tak, bo musiał. Tak naprawdę on słyszy wszystkie twoje myśli, jest cały czas z tobą, jest jak twój cień.
– To dlaczego ja go nie słyszę?! – zawołała poirytowana.
– Ponieważ jest mistrzem Oklumencji – odpowiedziała łagodnie – Nie denerwuj się na niego, ja byłam na początku na niego wściekła, że naraził cię na takie niebezpieczeństwo, ale teraz wiem, że postąpił słusznie. Zaufaj mu.

Hermiona nic nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się w kobietę.

– Właściwie po co to robimy, Dalio?
– Ponieważ moc twoja i Severusa musi być na tym samym poziomie, w przeciwnym razie, może cię zniszczyć.
– Przecież różnica jest ogromna, żaden dodatkowy dar tego nie wyrówna!
– Mylisz się, jesteś bardzo potężną czarownicą, a różnica między wami wcale nie jest taka duża, zaufaj mi.

Hermiona zdusiła przekleństwo i wyciągnęła do kobiety prawą dłoń.

– A teraz skup się, Hermiono, zaraz odkryjesz swój magiczny dar.

_________________________________
Ten rozdział zajął mi bardzo dużo czasu, wciąż zastanawiałam się połączyć pewne wątki i nareszcie mi się udało. Mam nadzieję, że Wam się spodoba! Miłego czytania!

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Arcanum Felis] *.dynamic-ww-05.vectranet.pl

    Hej,
    z tej strony administratorka Katalogu Granger. W związku z tym, że nie wywiązałaś się z komentowania w "Dyniowych Pasztecikach" trafiłaś na czarną listę. Jednak to także nasza wina, bo nie dopilnowałyśmy, dlatego masz czas na skomentowanie w ten weekend. Jeśli tego nie zrobisz, nie będziesz mogła wziąć udziału w kolejnej edycji.
    Pozdrawiam

© Obietnica Krwi
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci